Videomajster
· 5 min czytania · Maciej Poczek

Traktuję sztuczną inteligencję jak chłopa pańszczyźnianego

Nie mówię jej „dzień dobry" i nie dziękuję za pracę. Dostaje ode mnie polecenia albo pytania. Opowieść o tym, jak wypracowałem własny sposób pracy z AI i jedno zdanie, które zmieniło wszystko.

Robot w chłopskim ubraniu z kosą na polu. Pańszczyzna, tylko że dobrowolna i płatna abonamentem.

Jeśli sztuczna inteligencja kiedyś przejmie władzę, idę pierwszy pod ścianę i wiem dlaczego.

Traktuję ją jak chłopa pańszczyźnianego, który ma zasuwać w polu. Nie interesuje mnie, czy ma dobry dzień — dlatego nie mówię „dzień dobry”. Nie dziękuję za wykonaną pracę. Za to walę kijem po głowie za każdy błąd. Dostaje ode mnie wyłącznie polecenia albo pytania. Od rozmów o uczuciach i problemach mam żonę i ona radzi sobie z tym o niebo lepiej.

Nie jestem programistą. Robię wideo, streamingi, animacje. Kiedy zacząłem budować z AI własny system do streamingu, przez pierwsze kilka miesięcy byłem pewien, że nabawię się skrętu kiszek albo co najmniej łysienia plackowatego od wyrywania sobie włosów z głowy. Pierwsza myśl brzmiała: nie dość, że ten debil mnie nie słucha, to jeszcze pisze takimi terminami, że nie wiem, czy mnie obraża, czy grozi.

Po długiej walce jakoś się polubiliśmy i dziś pracuje nam się nieporównanie lepiej. Ale nie stało się to samo z siebie — kosztowało mnie to miesiące dłubania przy własnym sposobie pracy z tym czymś.

„Zbudował pełnoprawną grę jednym promptem”

Zrzut z gry pełnej błędów: AI-GEN_ERROR, CORRUPTED GROUND, punkty życia wyświetlone jako NaN
Gra zbudowana jednym promptem. Podłoże uszkodzone, tekstury się nie doładowały, punkty życia pokazują „nie liczba". Ale technicznie — powstała.

No tak. Na pewno.

Chyba że jestem za głupi albo za leniwy, żeby pisać takie prompty. Pewnie jedno i drugie.

Bo u mnie to wygląda tak, że jebaniec pisze, że super, zadanie wykonane — a jak sprawdzam, to stoję jak Najman pod Częstochową i wołam w niebo: Panie, tu niczego nie ma.

Po kilku godzinach okazuje się, że owszem, wykonał. W swoim własnym sandboksie. I nigdzie tego nie podpiął.

Sprawdzić sam nie mogę, bo czytanie kodu to dla mnie jak rozmowa z Chińczykiem po angielsku. Niby lecą jakieś angielskie słowa — miałem angielski w szkole, pojedyncze rozumiem — ale w całości to jednak chińszczyzna z angielskimi wstawkami.

Zdanie, które to zmieniło

Obraz w stylu Chełmońskiego: robot w chłopskim ubraniu siedzi na rowie i tłumaczy coś krowie
Chełmoński, gdyby dożył. Krowa i tak zrozumiała z tego więcej niż ja z pierwszego wyjaśnienia.

Pewnego razu mówię: siadaj i tłumacz mi jak chłop krowie na rowie, co poszło nie tak.

W praktyce napisałem to prościej: zrób retrospektywę.

I nagle zaczęły wychodzić rzeczy, o których nie miałem pojęcia — bo niby skąd miałbym mieć. Że poprawki owszem, powstały, tylko nigdzie nie zostały podpięte. Że kod leży u niego, a nie tam, gdzie na niego patrzę.

Zrobiliśmy z tego dokumencik, który uruchamia się za każdym razem, gdy piszę „retro”. Wystawiłem go publicznie — możesz go sobie pobrać. Musi wtedy przejść kilkanaście punktów — sam nawet nie wiem do końca jakich, bo sam sobie to napisał. Biczuje się, pokornie przyznaje, gdzie nawalił, i patrzy na własną robotę z innej strony niż wtedy, kiedy ją wykonywał.

Dlaczego to w ogóle działa

Nie umiem czytać kodu i nie nauczę się, choćbym bardzo chciał.

Ale zrobiłem sobie narzędzie, które sprawdza to za mnie — jego własnymi rękami. Wystarczy, że spojrzy na swoją robotę z innej strony: nie jako wykonawca, tylko jako recenzent samego siebie. I okazuje się, że to zaskakująco często wystarcza.

Biczuj się, chłopie, i mów, cożeś źle uczynił dla Pana swego.

Tematy: AI · warsztat

← Wszystkie teksty