Traktuję sztuczną inteligencję jak chłopa pańszczyźnianego
Nie mówię jej „dzień dobry" i nie dziękuję za pracę. Dostaje ode mnie polecenia albo pytania. Opowieść o tym, jak wypracowałem własny sposób pracy z AI i jedno zdanie, które zmieniło wszystko.
Jeśli sztuczna inteligencja kiedyś przejmie władzę, idę pierwszy pod ścianę i wiem dlaczego.
Traktuję ją jak chłopa pańszczyźnianego, który ma zasuwać w polu. Nie interesuje mnie, czy ma dobry dzień — dlatego nie mówię „dzień dobry”. Nie dziękuję za wykonaną pracę. Za to walę kijem po głowie za każdy błąd. Dostaje ode mnie wyłącznie polecenia albo pytania. Od rozmów o uczuciach i problemach mam żonę i ona radzi sobie z tym o niebo lepiej.
Nie jestem programistą. Robię wideo, streamingi, animacje. Kiedy zacząłem budować z AI własny system do streamingu, przez pierwsze kilka miesięcy byłem pewien, że nabawię się skrętu kiszek albo co najmniej łysienia plackowatego od wyrywania sobie włosów z głowy. Pierwsza myśl brzmiała: nie dość, że ten debil mnie nie słucha, to jeszcze pisze takimi terminami, że nie wiem, czy mnie obraża, czy grozi.
Po długiej walce jakoś się polubiliśmy i dziś pracuje nam się nieporównanie lepiej. Ale nie stało się to samo z siebie — kosztowało mnie to miesiące dłubania przy własnym sposobie pracy z tym czymś.
„Zbudował pełnoprawną grę jednym promptem”
No tak. Na pewno.
Chyba że jestem za głupi albo za leniwy, żeby pisać takie prompty. Pewnie jedno i drugie.
Bo u mnie to wygląda tak, że jebaniec pisze, że super, zadanie wykonane — a jak sprawdzam, to stoję jak Najman pod Częstochową i wołam w niebo: Panie, tu niczego nie ma.
Po kilku godzinach okazuje się, że owszem, wykonał. W swoim własnym sandboksie. I nigdzie tego nie podpiął.
Sprawdzić sam nie mogę, bo czytanie kodu to dla mnie jak rozmowa z Chińczykiem po angielsku. Niby lecą jakieś angielskie słowa — miałem angielski w szkole, pojedyncze rozumiem — ale w całości to jednak chińszczyzna z angielskimi wstawkami.
Zdanie, które to zmieniło
Pewnego razu mówię: siadaj i tłumacz mi jak chłop krowie na rowie, co poszło nie tak.
W praktyce napisałem to prościej: zrób retrospektywę.
I nagle zaczęły wychodzić rzeczy, o których nie miałem pojęcia — bo niby skąd miałbym mieć. Że poprawki owszem, powstały, tylko nigdzie nie zostały podpięte. Że kod leży u niego, a nie tam, gdzie na niego patrzę.
Zrobiliśmy z tego dokumencik, który uruchamia się za każdym razem, gdy piszę „retro”. Wystawiłem go publicznie — możesz go sobie pobrać. Musi wtedy przejść kilkanaście punktów — sam nawet nie wiem do końca jakich, bo sam sobie to napisał. Biczuje się, pokornie przyznaje, gdzie nawalił, i patrzy na własną robotę z innej strony niż wtedy, kiedy ją wykonywał.
Dlaczego to w ogóle działa
Nie umiem czytać kodu i nie nauczę się, choćbym bardzo chciał.
Ale zrobiłem sobie narzędzie, które sprawdza to za mnie — jego własnymi rękami. Wystarczy, że spojrzy na swoją robotę z innej strony: nie jako wykonawca, tylko jako recenzent samego siebie. I okazuje się, że to zaskakująco często wystarcza.
Biczuj się, chłopie, i mów, cożeś źle uczynił dla Pana swego.
Tematy: AI · warsztat