Czym są subagenci i czym różnią się od zwykłego asystenta AI
Ktoś mi powiedział, że ma zespół agentów AI pracujący dzień i noc. Sprawdziłem, o co chodzi — i okazało się dużo prostsze, i dużo mniej efektowne, niż brzmi.
Zespół, który pracuje dzień i noc
Ktoś mi ostatnio powiedział, że ma „zespół agentów AI, który pracuje dla niego dzień i noc” i przez sekundę pomyślałem, że facet zatrudnił hindusów. Nie zatrudnił. Ma program, który potrafi odpalić kilka kopii samego siebie i każdą wysłać po coś innego. Brzmi jak czary. Jak zwykle w tej branży, po rozłożeniu na czynniki pierwsze okazuje się, że to bardzo przyziemny trik — i że nazwa „agent” robi w tym więcej roboty marketingowej niż faktycznej.
Dlaczego głowa się zapycha
Zwykły asystent AI, ten z jednego okienka, w którym siedzisz z nim od rana, pamięta absolutnie wszystko, co mu powiedziałeś. Brzmi jak zaleta. Jest nią — do pewnego momentu. Bo po dłuższej rozmowie jego głowa jest tak samo pełna, jak twoja po całym dniu przy montażu tej samej sekwencji. W pewnym momencie przestajesz widzieć, że klatka się cofnęła, że napis ma literówkę od trzech ujęć, że dźwięk jest przesunięty. Nie dlatego, że jesteś głupi. Dlatego, że oglądałeś to sto pięćdziesiąty raz i mózg zaczyna oszczędzać energię, olewając szczegóły.
Z modelem dzieje się to samo, tylko zamiast zmęczonych oczu ma przepełniony schowek na słowa, który fachowo nazywa się „kontekstem”. Cokolwiek to dokładnie znaczy — dla mnie liczy się tylko to, że jak ten schowek jest pełny, model zaczyna mieszać fakty z dwóch różnych wątków rozmowy, jakby ktoś mu nagle podmienił notatnik.
Co dwie głowy to nie jedna
Subagent to odpowiedź na dokładnie ten problem, a cała reszta to nadbudowa marketingowa. Zamiast trzymać wszystko w jednej, coraz bardziej zapchanej głowie, program odpala drugą — pustą, świeżą, bez pojęcia, co się działo wcześniej — i wysyła ją po jedną, konkretną rzecz. Ten drugi pracownik nie wie, że coś już próbowaliście, nie wie, że jesteście zmęczeni, nie wie nawet, o co chodzi w całym projekcie. Wie tylko, co mu kazano zrobić. I to jest jego siła, nie słabość.
Gdybym dostawał złotówkę za każdym razem jak zrobiłem gdzieś babola w tekstach animacji, albo wkleiłem tekst z literówką i potem ktoś świeżym okiem to wyłapał, to zamiast nadal robić filmy i animacje siedziałbym na plaży i popijał drinki z palemką, bo byłbym milionerem.
Nie chodzi o szybkość
Ludzie myślą, że subagenci to trik, żeby zrobić dziesięć rzeczy naraz zamiast jednej po drugiej. To jest bonus, nie sedno sprawy — a skupianie się na nim jest trochę jak leczyć grypę kupnem szybszego samochodu do apteki.
Sedno jest inne: chodzi o to, żeby robotę obejrzał ktoś, kto jej nie robił. Poproś asystenta, żeby coś napisał, a potem jego samego, żeby to sprawdził, a dostaniesz mniej więcej to, co ja bym dostał, prosząc się samego o recenzję własnego montażu po dwunastej godzinie pracy — czyli kiwnięcie głową i „wygląda dobrze”. Bo mózg, który coś zrobił, broni tej roboty, nawet nie chcąc tego. Subagent tego bagażu nie ma. Dostaje gotowy materiał, zero sympatii do autora, i mówi, co widzi.
Kiedy to przesada
Do prostego pytania w stylu „jak się pisze rozporządzenie, przez małe czy wielkie r” wysyłanie drugiego pracownika to strzelanie z armaty do wróbla — więcej czasu zejdzie na rozstawienie sprzętu niż na samego wróbla.
Sam zresztą do końca nie wiem, gdzie dokładnie leży granica, kiedy warto rozbić robotę na kawałki, a kiedy to już tylko podkręcanie kosztu bez sensu — bo, mówiąc szczerze, każda dodatkowa „głowa” to osobny rachunek. Cokolwiek dokładnie się za tym rachunkiem kryje, płaci się za każdą uruchomioną osobno.
Zdarzało się, że robiliśmy sztuki, w których zamawiający chciał, aby wszystko było zdublowane, aby wszystko i wszyscy mieli swój backup — na przykład dwie konsole Blackmagica, bo gdyby coś się stało, to na pewno pomoże, zwłaszcza nerwowe przepinanie konsoli. Jak klient płaci, ja nie dyskutuję. Może i nie miało to sensu, ale za to ktoś tam spał spokojniej.
Z kolei zawsze jak robię animację czy montuję film, to proszę kogoś, aby zerknął świeżym okiem na to, co do tej pory udało mi się zrobić. Ostatnio robiłem rolkę dla klienta i jak pokazałem żonie, to powiedziała, że przedpotopowy montaż i w ogóle dziadostwo straszne, a ja myślałem, że zrobiłem supernowoczesną rolkę z toną animacji, dynamicznymi przejściami i pełnią bajeru. Okazało się, że przedobrzyłem. Uproszczona, bardziej czytelna wersja wyglądała faktycznie lepiej.
Więc po co komu ten zespół
Kiedy ktoś znowu powie ci, że ma „zespół agentów AI”, spokojnie zapytaj, po co mu ten zespół. Jeśli odpowie „żeby było szybciej” — pewnie przepłaca za coś, co dałoby się zrobić w jednym oknie rozmowy. Jeśli odpowie „żeby ktoś sprawdził robotę kogoś innego” — wie, o czym mówi.
Ja się tego nauczyłem dopiero, jak zacząłem zatrudniać… no dobra, uruchamiać… te swoje głowy do konkretnych zadań, a nie do wszystkiego naraz. To tak jakbym zatrudnił mojemu głównemu agentowi żonę, która mu powie, że jest do niczego.
Tematy: ai · subagenci · organizacja-pracy